30 listopada 2004

# 79

W niedzielę ogarnął mnie szał smażenia faworków. Nigdy nie wiem, kiedy się je robi, niby w zimie - tak mi się kojarzy, ale co tam - są takie dobre, że mogę je jeść cały rok. Z rozpędu zrobiłam dwie wielkie tace, co by i bliźnich trochę obdarować, a z końcówki ciasta wycięłam dwa pięęęęęnnnkne serca dla mojego Żużu w ramach prezentu weekendowego.

I przypomniało mi się moje rozczarowanie z lat bardzo odległych, kiedy się dowiedziałam, że ludzkie serce w tak zwanym realu nijak się ma do tego z walentynkowych kartek czy egzemplarzy z piernika. Że przypomina raczej glut w kształcie kamienia.

Tak się wkurzyłam! Serio, po prostu poczułam się totalnie oszukana i wszystko to o biciu serca, te wyświechtane powiedzonka, które serwuje się dzieciom, że ma się tam kogoś w serduszku, to wszystko straciło znaczenie, bo moje wyobrażenie o tym organie - z w miarę ładnego - zostało zmienione w bezkształtnego gluta, który wisiał na ścianie przychodni dla dzieci, narysowany na plakacie o chorobach wieńcowych.

Nie wiem, po co te wszystkie bajery z sercem, z Mikołajem, z licznymi teoriami na temat pochodzenia dzieci - oczywiście teoriami, w których główne role mają bociany i główki kapusty. Po co?
Czterolatek może nie zrozumie, co to jest aorta czy zapłodnienie, ale wszystko można przełożyć na język, którym posługuje się dziecko i który ono przyswoi. Na pewno nie będe mojemu opowiadać bzdur, żeby potem jeszcze miało jakieś załamanie nerwowe przed dziesiątym rokiem życia. Nigdy.

Brak komentarzy: